Zastanowiła mnie niedawno pewna rzecz.
Otóż wydawać by się moglo, że pomoc finansowa Kongresu USA dla ich systemu bankowego w wysokość 700 miliardów dolarów jest problemem bardzo odległym od Polskiego Sejmu i tzw. Traktatu lizbonskiego.
W Stanach, w pewnym momencie Kongres odrzucił plan Paulsona czy jak mu tam głosami tych, którzy projektu nie czytali. Uzasadnieniem był właśnie fakt, że nie mogą poprzeć czegoś, czego nie znają.
U nas za to na odwrót. Posłowie poparli podpisanie traktatu bo… go nie czytali. (Kto by tam się męczył z tym prawno-urzędniczym bełkotem)
Skoro Sarkozy i inni mówią, że traktat jest dobry, to jest dobry i kwita. Tylko jak to się ma do dbałości o interes kraju?